Izba przyjęć w Szpitalu Wojewódzkim w Bielsku-Białej:
W sumie to powinienem ten fragment pominąć, żeby oszczędzić wszystkim nerwów, ale tą krótką retrospekcją chciałem zwrócić uwagę wszystkim by nie wierzyć bezmyślnie wszystkim lekarzom tylko skonsultować się zawsze z więcej niż jednym specjalistą. (Mądry Polak po szkodzie, ale lepiej późno niż wcale).
Zaraz po wejściu do przybytku radości i szczęścia przy al. Armii Krajowej 101 udałem się do okienka gdzie bardzo miła Pani zechciała mnie zarejestrować i przydzieliła mi numerek. 82 - duża liczba, ale zerkając na obecny obsługiwany: 79, pomyślałem, że nie powinno być tragicznie - w końcu jeszcze tylko dwie osoby przede mną. Zdziwiło mnie co prawda, że osób w poczekalni było z 15, ale kto by się tym przejmował. Optymizm i cierpliwość zostały szybko nadwyrężone poprzez pojawienie się na wyświetlaczu numerka 72 zamiast 80. Cóż... Ale jedziemy dalej. Po pierwszej godzinie czekania w poczekalni pojawił się jakiś koleś ubrany pod garnitur z jedną stopą bosą spod a z palca, który był swoją drogą porządnie rozcięty, ciekła krew skromnym strumieniem. Gościu usiadł spokojnie na jednym krześle i podkładając pod sobie pod stopę chusteczkę higieniczną czekał na swoją kolej. Po 15 minutach pojawiła się pod nim kałuża wielkości 20x20 cm i kilka osób zaczęło mu zwracać uwagę, żeby wszedł do środka bo się wykrwawi, albo żeby nogę położył na krześle obok, ale on skwitował to jedynie tym, że spokojnie poczeka na swoją kolej. To zabrzmiało jak wyzwanie dla Szpitala... ;) Po kolejnych 15 minutach przechodziła pielęgniarka i stwierdziła, że Pan się chyba wykrwawia, bo jest blady i wzięła go do pokoju przyjęć. Jak się okazało później, nie zajęli się nim oczywiście od razu, tylko położyli go na łóżku, podali lód i kazali czekać.
Po 2,5 h czekania (mamy godzinę 22), na wyświetlaczu pojawił się mój numerek i dumnie wszedłem do środka. Młody (ok. 30 lat) lekarz zapytał co mi dolega. Krótko mu powiedziałem co się stało, po czym kazał mi przejść na koniec korytarza do RTG, żeby sprawdzić czy nie mam nic złamane i co tam się z tymi stawami porobiło. Taki paradoks: sam sobie miałem przejść do RTG, żeby zweryfikować czy nie ma nic złamane... :D Anyway, zdjęcie mi zrobiła kolejna miła Pani, na której twarzy malował się uśmiech mówiący: "cholera, znowu pacjent". Kolejne 15 minut czekania i na wynik zdjęcia i jestem z powrotem u młodego lekarza, który mnie przyjmował. Zerknął na zdjęcia RTG, po czym zawyrokował: torus gipsowy, od kostki do pośladków. Zapytałem co się stało z tym kolanem, a w odpowiedzi usłyszałem jedynie krótkie: "naderwanie więzadeł". Jak obiecali tak zrobili - wpakowali mi nogę do gipsu od kostki po jajka a na odchodne kartkę A4 z opisem urazu i zaleceniem, żeby się po 10 dniach zgłosić do poradni ortopedycznej i receptę na dwa lekarstwa. No to dobrze - skoro tak prawią, tak zrobię. Ale o tym jak wyglądały moje przeboje z poradnią ortopedyczną i o najciekawszej recepcie w moim życiu - w następnej notce...
C.D.N.