środa, 29 grudnia 2010

Więzadło krzyżowe - nieobiektywna historia pewnego kolana cz.10 - "Rehabilitacja"

Jestem już równo 11 tygodni po zabiegu. Sytuacja obecne wygląda tak:

Potrafię prawie całkiem zgiąć nogę w kolanie, jednak nie kucnę jeszcze tak, żeby cały ciężar ciała na niej oprzeć. Mięśnie są odbudowane w stopniu co najmniej satysfakcjonującym. Czworogłowemu brakuje już niewiele do stanu jak sprzed zabiegu. Dwugłowy odbudowuje się dużo wolniej, ale również nie ma tragedii. Najlepiej wyglądają mięśnie łydki.

Obecnie nie ma już żadnych niewygód związanych z poruszaniem się czy bólem. Oczywiście do poruszania się zalecane jest chodzenie w ortezie, która odpowiednio stabilizuje kolano, ale również bez niej spokojnie można już „biegać” po schodach.

W dalszym ciągu jeżdżę na rehabilitację. Przynajmniej raz w tygodniu spotykam się z Panią rehabilitant, która sprawdza czy ze stabilnością nie dzieje się nic złego oraz mobilizuje mnie do ćwiczeń, żeby szybciej odbudować mięśnie. Dosyć to nużące, ale nie można powiedzieć, żeby było to niepotrzebne.

wtorek, 21 grudnia 2010

Więzadło krzyżowe - nieobiektywna historia pewnego kolana cz.9 - "Noc po zabiegu"

Dzięki otrzymanemu środkowi przeciwbólowemu dozowanemu automatycznie w ciągu całej nocy, ból jest nieodczuwalny. Jednak ciężko powiedzieć o tym, żeby dało się spokojnie zasnąć mimo odczuwalnego zmęczenia. Noga jest ustawiona w jednej pozycji i nie należy nią kręcić na lewo i prawo, co za tym idzie śpi, a raczej próbujemy spać cały czas na plecach. Próbował ktoś tego kiedyś?

Tak czy inaczej udało mi się zasnąć około około 21, a obudziłem się "dopiero" około 1 w nocy. Później sen był już tylko godzinnymi drzemkami przerywanymi 30 minutowymi przebudzeniami. I tak do godziny 8 rano, kiedy przyszła kolejna miła Pani pielęgniarka i przyniosła mi śniadanie - spora buła z szynką i ogórkiem oraz jogurcik. Takie poranki to ja mogę mieć codziennie. ;)

Do godziny 10 leżałem dalej "czytając" książkę w wersji audio, dopóki nie pojawił się mój rodziciel z zamiarem zabrania mnie do domu. Pielęgniarka wyciągnęła mi z kolana dreny - rureczki odprowadzające płyny i krew do plastikowych pojemników przywiązanych do uda. Gdy oglądałem te rureczki to widziałem je z trzech stron kolana w każdym miejscu wchodzące do środka. Zastanawiało mnie to, że pojemnik był tylko jeden, ale kto by o tym myślał. Tak, to była jedna jedyna rurka, przeciągnięta przez kolano trzy razy. Nie polecam przyglądać się gdy ta rurka jest wyciągana, bo widok czegoś przemieszczającego się wewnątrz kolana nie jest specjalnie ciekawy. Anyway, wszytko jest bezbolesne.

W końcu pojawił się lekarz. Pooglądał kolano z każdej strony i zawyrokował - "do domu". :) Dostałem polecenie, żeby się ubrać i spróbować stanąć na nogi. Oczywiście przy pomocy kul inwalidzkich i bez stawiania ciężaru ciała na zoperowanej nodze. Poszło gładko. Spodziewałem się zapowiadanej fali bólu w momencie opuszczenia nogi w dół, ale taka się nie pojawiła. Przed samym wyjściem dostałem jeszcze dawkę Ketonalu na drogę, kilka poleceń od rehabilitanta i polecenie by pojawić się po 14 dniach na ściągnięciu szwów.

C.D.N.

środa, 8 grudnia 2010

Więzadło krzyżowe - nieobiektywna historia pewnego kolana cz.8 - "Zabieg"

Zabieg jest szybki, całkowicie bezbolesny i ogólnie rzecz ujmując lajtowy.

Mniej więcej tyle dowiedziałem się od ludzi, którzy ten zabieg przechodziłem. Jedak bez delikatnego stresu nie mogło się obejść. Dlatego postanowiłem opisać dokładnie jak wyglądało od momentu przyjazdu do kliniki do momentu wyjścia, żeby zaoszczędzić innym niepotrzebnych nerwów.

Operacja miała zostać przeprowadzona o godzinie 10.oo więc kilka dni wcześniej otrzymałem informację od Pani pielęgniarki, żebym się pojawił około 8.oo w klinice. Po przyjeździe zostałem zaprowadzony do pokoju, w którym będę się regenerował. Pielęgniarka wzięła ode mnie wszystkie potrzebne dokumenty, które miałem przy sobie oraz powiedziała, żebym się rozebrał, przywdział specjalne wdzianko do operacji i położył się do łóżka, żeby mi nie było zimno. Wdzianko nie było specjalnie ciepłe, ale tragedii nie było. Ponieważ miałem czekać jeszcze troszkę czasu, leżałem sobie spokojnie w łóżku słuchając ciekawego audiobooka - "Klient", J. Grishama - polecam. Po około godzinie pojawiła się Pani pielęgniarka, że troszkę się zabieg opóźni, gdyż podczas operacji obecnego pacjenta okazało się, że kolano wymaga dodatkowej uwagi. W końcu, około godziny 13:00, zostałem poproszony o przejście do sali, w której czekała na mnie już Pani anestezjolog.

Atmosfera była bardzo spokojna i wesoła. Nie obyło się bez żartów typu: "jako, że to mój pierwszy raz to może jakiś szampan na początek?", na które pielęgniarki ochoczo wtórowały swoimi żartami. Ogólnie bardzo dobrze się czułem mimo, że wiedziałem co mnie czeka za kilka minut... Musiałem położyć się na lewym boku. Czas na znieczulenie. Od razu mówię, że nic nie boli. Najpierw dostaje się szybki zastrzyk znieczulający okolice powierzchni skóry. Potem są dwa grube zastrzyki ze środkiem znieczulającym, jednak tego już się nie czuje. Jakieś 20 sekund po podaniu znieczulenia Pani anestezjolog zapytała czy czuję ciepło w lewej nodze. Krótka odpowiedź: "Nie!?!" Nie minęło kolejnych 10 sekund i musiałem zweryfikować moją odpowiedź. Przez całą lewą nogę zaczęło rozchodzić się miłe ciepełko. Co kilka minut sprawdzałem czy noga drętwieje i czy mam w niej czucie, ale już po 10-15 minutach nie potrafiłem poruszyć palcami.
Po około 20-25 minutach dosłownie wjechałem na stół po czym... zasnąłem. :D

Obudziłem się jakieś 5-10 minut przed końcem zabiegu. Panie pielęgniarki pomogły mi przesunąć się na jeżdżące łóżko i zostałem odwieziony do pokoju w którym wcześniej się rozlokowałem.

Było coś około godziny 15. Dostałem pierwszą z trzech kroplówek i teraz pozostało jedynie czekać z niecierpliwością, aż znieczulenie przestanie działać.

I teraz najważniejsze: warunkiem otrzymania na noc dozowaną automatycznie dawkę środka przeciwbólowego jest oddanie moczu. Im wcześniej oddasz mocz, tym lepiej da Ciebie. Jak się okazało nie było to takie proste. Pojawiają się bowiem dwa rodzaje bólu:
1. wynikający z tego, że znieczulenie przestaje działać,
2. wynikający z tego, że po 3 wsiąkniętych kroplówkach pęcherz moczowy jest bardzo mocno testowany.
Problem polega na tym, że znieczulenie jeszcze nie ustąpiło na tyle, by móc spokojnie oddać mocz, a już przestaje łagodzić istnienie śrubki w kolanie.

Gdy udało mi się sprostać temu zadaniu dostałem upragniony antybiotyk ze środkiem przeciwbólowym, a chwilę później do sali wjechał kotlet schabowy z surówką i frytkami. Czegóż chcieć więcej? No może tylko spokojnie się wyspać.

C.D.N.

Więzadło krzyżowe - nieobiektywna historia pewnego kolana cz.7 - "Spotkania rehabilitacyjne"

Pierwsza rehabilitacja trwała 2h. Rozpoczęło się bardzo łagodnie od rozpoznania problemu. Kolejny test szufladowy robiony przez dwóch fizjoterapeutów, badanie obciążeń na poszczególne kończyny dolne (o tym wspominałem już wcześniej, dla przypomnienia 60% ciężaru ciała na prawej nodze). Nie muszę chyba nikomu mówić jakie zagrożenie niesie ze sobą tego typu schorzenie. To czego się dowiedziałem w trakcie pierwszej sesji utwierdziły mnie tylko w przekonaniu, że ta operacja jest wskazana.

Troszkę o tym jak taka rehabilitacja przed zabiegiem wygląda:
Pracuje się cały czas ze swoim rehabilitantem - od początku do końca - gdyż to on (a w moim przypadku ona - pozdrowienia dla Justyny) prowadzi całą dokumentację. Rozpoczyna się rozgrzewką: seria 5-6 ćwiczeń siłowych na mięśnie kończyn dolnych plus rozciąganie. Następnie Wykonuje się odpowiednio przygotowane pod pacjenta ćwiczenia polegające na wzmocnieniu poszczególnych partii mięśni na kończynie. Głównie mięsień czworo-głowy. Zestawy ćwiczeń powinno powtarzać się codziennie aż do dnia zabiegu.

Po co to wszystko?

Otóż jak się okazuje, po samym zabiegu szybciej wraca się do "normalności" jeśli pacjent jest dobrze do zabiegu przygotowany. Ja przyznam się szczerze, że z tym codziennym powtarzaniem ćwiczeń to nie zawsze mi wychodziło, ale ćwiczyć ćwiczyłem ostro.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

Więzadło krzyżowe - nieobiektywna historia pewnego kolana cz.6 - "Diagnoza: pod nóż"

Na wizytę do doktora - słowo doktor ma tu jak najbardziej poprawne uzasadnienie użycia - udało mi się umówić naprawdę szczęśliwym trafem. A szczerze mówiąc to dr Krzysztof Ficek przyjął mnie po prostu po godzinach przyjęć pozostałych pacjentów. Rozmowa nie była długa. Opowiedziałem wszystko tak jak wyglądało i jakie leczenie zostało podjęte do tej pory. Doktor stwierdził, że jak widać sam jaki jest mój problem, on to tylko potwierdzi. I co zrobił? Test "szufladkowy". Podstawowe badanie przy podejrzeniu na zerwanie więzadła polegające na próbie wysunięcia dolnej części nogi (od kolana w dół) od jej naturalnego położenia. Normą jest wysunięcie do 5 mm. Ja miałem prawie 20 mm. Ok. Czyli wiem już na 100%, że więzadło jest całkowicie zerwane i samo się nie naprawi. Pytanie zatem brzmi: "co dalej"? Dr Ficek zapewnił mnie, że z tym urazem można spokojnie żyć - przynajmniej z 10-15 lat, ale w kolanie cały czas będą zachodzić nieodwracalne zmiany niszczenia kolana ze względu na brak głównego amortyzatora. Sugestia byłą oczywista - w moim wieku powinienem się poddać rekonstrukcji kolana. Zostałem zapisany na sesję rehabilitacyjną, która miała być rozpoznaniem jak bardzo uraz jest poważny w kontekście ruchu oraz przygotowania mnie do zabiegu. O tym co się działo na sesjach w następnym odcinku.

C.D.N.

niedziela, 31 października 2010

Więzadło krzyżowe - nieobiektywna historia pewnego kolana cz.5 - "Życie z zerwanym więzadłem"

Od razu na początku zaznaczę, że bez więzadła krzyżowego przedniego da się żyć. A dlaczego by nie. Czasem mogą pojawić się problemy z utrzymanie równowagi, ale jeśli ktoś nie porusza się dużo, to praktycznie nie zauważy różnicy. Jednak należy pamiętać, że jak więzadła nie ma to amortyzacja kolana praktycznie nie istnieje. Co więcej nieświadomie krzywimy sobie kręgosłup. Dlaczego? Otóż jak się okazuje (skąd to wszystko wiem, to napiszę później) zdrowa noga przejmuje automatycznie braki w stabilizacji. Co za tym idzie większe obciążenie pojawia się na mięśniach zdrowej nogi, które bezpośrednio przenosi się na mięśnie grzbietu.I w ten oto sposób od października 2008 roku do października 2010 roku niczego nieświadomy doprowadziłem do przeniesienia ciężaru ciała w 60% na prawą nogę. Można sobie wyobrazić, co by się działo po 5 latach.

Jak to się stało, że końcu zdecydowałem się na zrobienie cokolwiek w kierunku leczenia kolana?
Prosta sprawa: dokładnie ten sam problem miała moja ciotka. Udała się do specjalisty poleconego przez jej znajomego lekarza. Jak się okazało ów specjalista to facet o złotym sercu i magicznych rękach, który składa do kupy sportowców. Szybka operacja i po 3 miesiącach ciotka biega po schodach. Mimo, iż dosyć sceptycznie byłem nastawiony do wszystkich ortopedów po tym co pokazał mi poprzedni ortopeda zdecydowałem się zaryzykować.

C.D.N.

sobota, 30 października 2010

Więzadło krzyżowe - nieobiektywna historia pewnego kolana cz.4 - "Pierwsze wyniki, diagnoza i podjęte leczenie"

Pojawiłem się na umówionym badaniu usg kolana - kolejny wydatek, tym razem 50 zł. Lekarz radiolog, specjalista stawów kolanowych zrobił mi około 5 minutowe badanie ze wszystkich stron kolana. Strzelał przy tym zupełnie niezrozumiałymi dla mnie tekstami, które zapisywała sympatyczna młoda sekretarka. Wynik badania wyglądał tak:
(kiedyś tu przepiszę wynik badania)

W poniedziałek pojawiłem się po raz trzeci u ortopedy (trzeci raz płacąc 80zł przy czym jeszcze nic się nie dowiedziałem). Wizyta tym razem była dłuższa niż standardowe 90 sekund. Nie dziwi mnie to o tyle, gdyż samo przeczytanie wyników badania zajęło ortopedzie minutę, po czym wyjaśnił mi krótko, że więzadło krzyżowe zostało (prawie całkiem) zerwane, ale nie ma co płakać, jestem młody i może się samo zrośnie. Dostałem zalecenie, żeby chodzić na siłownię by odbudować mięsień czworo-głowy uda, który rzekomo miałby przejąć stabilizującą funkcję więzadła. No dobra - pomyślałem - w końcu to ty jesteś lekarzem, nie ja, zakładam, że wiesz co robisz. Dostałem zalecenie, żeby wybrać sobie jakąś poradnię rehabilitacyjną i wziąć 10 zabiegów pola magnetycznego i jonoforezy.

Ponieważ rozpoczął się już rok akademicki i mieszkałem w Krakowie, znalazłem sobie poradnię rehabilitacyjną niedaleko mojej kamienicy. Publiczny przybytek szczęścia i radości był utrzymany w stylu lat 80. Wszystko w środku wyglądało na sprzed 30-lat, łącznie z pielęgniarkami. Znalazłem odpowiednie okienko i podałem kartkę od ortopedy na której było nabazgrane: 10 pole magnetyczne, 10 jonoforeza. Na początku pani pielęgniarka kręciła nosem, że teraz nie mają na to czasu i poza tym na skierowaniu nie ma pieczątki lekarza i zakładu, który mnie "leczył", wiec nie będzie mogła mnie przyjąć na zabiegi. Dopiero jak uświadomiłem Pani, że to prywatne leczenie, na jej twarzy pojawił się uśmiech a drzwi się szeroko otworzyły i mogłem przystąpić do pierwszego zabiegu.

Koszt 10 zabiegów pola magnetycznego i jonoforezy zamknął się w 300 zł. Sumując to z 3*80zł + 50zł, które wydałem w Pszczynie wychodzi na to, że nasza bezpłatna służba zdrowia kosztowała mnie do tej pory 590 zł.

Zapomniałem napisać jeszcze o stabilizatorze na kolano, które ortopeda zalecił mi kupić: 100zł.

A zusammen do kupy: 690zł (nie licząc drobnych wydatków na zastrzyki przeciwzakrzepowe i żele Fastum)

C.D.N.

niedziela, 17 października 2010

Więzadło krzyżowe - nieobiektywna historia pewnego kolana cz.3 - "Poradnia ortopedyczna"

Zgodnie z poleceniem od lekarza z izby przyjęć 10 dni po założeniu gipsu postanowiłem zgłosić się do poradni ortopedycznej. Pozbierałem troszkę informacji od rodziny i wybrałem jednego lekarza, który został sprawdzony i swojego czasu bardzo dobrze poskładał mojego wujka. Znalazłem więc namiar do poradni i dzwonię, żeby się umówić na wizytę. Bardzo kulturalna Pani zapytała mnie co ja w ogóle od nich chcę, a po krótkim opisie mojej przypadłości raczyła mi dwa terminy spotkania: 29 września albo 8 maja 2009 roku (w ramach przypomnienia podam, że dzwoniłem 26 września 2008r.). Troszkę zdziwił mnie rozrzut, więc pytam o co chodzi z tymi datami, a Pani na to, że ta bliższa data jest wizytą prywatną, a ta dalsza finansowana przez NFZ... Czujecie groteskę? :D

Ok. Podobno na zdrowiu się nie oszczędza. Powiedziałem więc Pani, że pojawię się w poniedziałek (26.09.2008). Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Pojawiam się na poradni, kulturalna Pani mówi, żesię należy 80 zł za wizytę po czym kieruje mnie na pierwsze piętro do gabinetu nr 1. Pełen optymizmu (w końcu tyle kasy wywaliłem za wizytę) siadam w poczekalni przed gabinetem i czekam na swoją kolej. Po 15 minutach doktor (dr n.med., kolejny powód do optymizmu) wywołuje moje nazwisko. Chwytam więc kule i człapię do jego gabinetu.

Wizyta w gabinecie wyglądała następująco:
Dr: "Co Panu dolega?"
Podałem lekarzowi notatkę z izby przyjęć i opowiedziałem dokładnie jak to się stało i co czułem.
Dr: "Dobrze. Proszę przyjść za tydzień do ściągnięcia gipsu."
Czas wizyty w gabinecie: 40 sek. - 1 min.

Skoro lekarz ortopeda, specjalista do urazów kolan, dr n.med. mówi, że mam jeszcze chodzić w tym gipsie, to znaczy, że tak ma być. Ok. Przyjmujemy i przyjeżdżamy tydzień później o tej samej porze.

Sytuacja była równie szybka co tydzień wcześniej.
Polecenie: zdjąć gips.
No to zdejmujemy. Prawie własnej nogi nie poznałem - chudsza 2 razy, mięśni na nodze brak: czworo-głowy uda zniknął, mięśnie łydki, ledwo widoczne. Dla wyjaśnienia podaję, że nigdy nie byłem typem sportowca, ale czworo-głowy zawsze był i prezentował się bardzo dobrze.
W kolanie pojawił się spory wysięk. Szybka punkcja i wracam do gabinetu lekarza po dalsze instrukcje, które brzmiały tak: Proszę się zgłosić gdzieś na przeprowadzenie usg kolana. Najlepiej u nas na miejscu.
Pytanie z mojej strony: "A kiedy można?"
Odpowiedź: "W najbliższy piątek. Widzimy się za tydzień z wynikami usg."

C.D.N.

sobota, 16 października 2010

Więzadło krzyżowe - nieobiektywna historia pewnego kolana cz.2 - "Pierwsza diagnoza"

Na pogotowiu w Czechowicach dowiedzieliśmy się w sumie tylko tyle, że z moją przypadłością powinienem pojechać na izbę przyjęć w szpitalu wojewódzkim w Bielsku-Białej. Podczas wychodzenia z pogotowia pojawiła się też pierwsza niestabilność w kolanie objawiająca się "prawie że" sprowadzeniem pionowej postawy ciała do pozycji horyzontalnej. Szczęściem dla mnie skończyło się tylko na oparciu o futrynę drzwi.

Izba przyjęć w Szpitalu Wojewódzkim w Bielsku-Białej:
W sumie to powinienem ten fragment pominąć, żeby oszczędzić wszystkim nerwów, ale tą krótką retrospekcją chciałem zwrócić uwagę wszystkim by nie wierzyć bezmyślnie wszystkim lekarzom tylko skonsultować się zawsze z więcej niż jednym specjalistą. (Mądry Polak po szkodzie, ale lepiej późno niż wcale).

Zaraz po wejściu do przybytku radości i szczęścia przy al. Armii Krajowej 101 udałem się do okienka gdzie bardzo miła Pani zechciała mnie zarejestrować i przydzieliła mi numerek. 82 - duża liczba, ale zerkając na obecny obsługiwany: 79, pomyślałem, że nie powinno być tragicznie - w końcu jeszcze tylko dwie osoby przede mną. Zdziwiło mnie co prawda, że osób w poczekalni było z 15, ale kto by się tym przejmował. Optymizm i cierpliwość zostały szybko nadwyrężone poprzez pojawienie się na wyświetlaczu numerka 72 zamiast 80. Cóż... Ale jedziemy dalej. Po pierwszej godzinie czekania w poczekalni pojawił się jakiś koleś ubrany pod garnitur z jedną stopą bosą spod a z palca, który był swoją drogą porządnie rozcięty, ciekła krew skromnym strumieniem. Gościu usiadł spokojnie na jednym krześle i podkładając pod sobie pod stopę chusteczkę higieniczną czekał na swoją kolej. Po 15 minutach pojawiła się pod nim kałuża wielkości 20x20 cm i kilka osób zaczęło mu zwracać uwagę, żeby wszedł do środka bo się wykrwawi, albo żeby nogę położył na krześle obok, ale on skwitował to jedynie tym, że spokojnie poczeka na swoją kolej. To zabrzmiało jak wyzwanie dla Szpitala... ;) Po kolejnych 15 minutach przechodziła pielęgniarka i stwierdziła, że Pan się chyba wykrwawia, bo jest blady i wzięła go do pokoju przyjęć. Jak się okazało później, nie zajęli się nim oczywiście od razu, tylko położyli go na łóżku, podali lód i kazali czekać.

Po 2,5 h czekania (mamy godzinę 22), na wyświetlaczu pojawił się mój numerek i dumnie wszedłem do środka. Młody (ok. 30 lat) lekarz zapytał co mi dolega. Krótko mu powiedziałem co się stało, po czym kazał mi przejść na koniec korytarza do RTG, żeby sprawdzić czy nie mam nic złamane i co tam się z tymi stawami porobiło. Taki paradoks: sam sobie miałem przejść do RTG, żeby zweryfikować czy nie ma nic złamane... :D Anyway, zdjęcie mi zrobiła kolejna miła Pani, na której twarzy malował się uśmiech mówiący: "cholera, znowu pacjent". Kolejne 15 minut czekania i na wynik zdjęcia i jestem z powrotem u młodego lekarza, który mnie przyjmował. Zerknął na zdjęcia RTG, po czym zawyrokował: torus gipsowy, od kostki do pośladków. Zapytałem co się stało z tym kolanem, a w odpowiedzi usłyszałem jedynie krótkie: "naderwanie więzadeł". Jak obiecali tak zrobili - wpakowali mi nogę do gipsu od kostki po jajka a na odchodne kartkę A4 z opisem urazu i zaleceniem, żeby się po 10 dniach zgłosić do poradni ortopedycznej i receptę na dwa lekarstwa. No to dobrze - skoro tak prawią, tak zrobię. Ale o tym jak wyglądały moje przeboje z poradnią ortopedyczną i o najciekawszej recepcie w moim życiu - w następnej notce...

C.D.N.

czwartek, 14 października 2010

Więzadło krzyżowe - nieobiektywna historia pewnego kolana cz.1 - "Początek"

Cała przygoda z uszkodzonym więzadłem zaczęła się 19 września 2008 roku. Były to czasy (brzmi to tak, jakbym miał już co najmniej 50 lat), kiedy jeszcze chodziliśmy regularnie grać w siatkę razem z Panem Mateuszem W. Nic specjalnego - amatorszczyzna, ale zabawa była przednia. Standardowe spotkanie wyglądało tak: krótka rozgrzewka, jakiś set w ramach rozeznania, a potem zabawa w pełni. Bywało nas nieraz 12-14, jednak średnia liczebność to 8-10.

Graliśmy jak zwykle, około 2 godziny. Czasu wystarczało, żeby zagrać 7-8 setów. Pod koniec 5 seta, skoczyłem do bloku. Wybicie typowe, około metr przed siatką. Atakujący był 60-letnim dziadkiem, wiec nie spodziewałem się super mocnego ataku, raczej przygotowywałem się na szybki powrót na ziemię, żeby odebrać kiwaną piłkę. Tak to wyglądało w teorii. Życie wyglądało natomiast następująco: moment wybicia - so far so good. Złożenie się do bloku - tu był już problem, bo leciałem do góry jak bezwładne ciało i tak też wróciłem na ziemię. 68 kg bezwładu spadło na parkiet i narobiło zamieszania. Więzadło nie wytrzymało wybicia i musiało się zerwać w tym właśnie momencie. Nie przypominam sobie, żeby cokolwiek innego miało wpłynąć na jego uszkodzenie.

No nic... stało się - doczołgałem się do ławki, usiadłem i zrobiłem małe rozpoznanie. Ponieważ moje doświadczenie w jakichkolwiek urazach było równe "zeru", nie potrafiłem ocenić, co mi się tak naprawdę stało. Ktoś tam wołał, łąkotka, ktoś wołał ścięgno itp... Spróbowałem stanąć na nogi. Ok, udało się. Teraz kilka kroków. Nie jest najgorzej. Idę. Troszkę bolało przy mocniejszym zginaniu, ale ogólnie to nie było tragedii. Złamanie można wykluczyć.

Chłopaki, skończyli meczyk (jeszcze 2 sety), a ja posiedziałem na ławce. Bólu prawie nie było. Przynajmniej nic takiego co sprawiłoby, żebym o tym pamiętał, ale zdecydowaliśmy razem z Panem Mateuszem W. skoczyć na pogotowie do Czechowic-Dziedzic...

C.D.N. :)

środa, 13 października 2010

Historia pewnego więzadła krzyżowego.

W ciągu kilku najbliższych dni chciałbym zrobić mini relację z przebiegu rekonstrukcji kolana oraz wszystkim co się z tym wiąże.

Oczywiście będzie to w pełni subiektywne spojrzenie na cały proces urazu i rekonstrukcji, ale myślę, że nieszczęśnicy z tym samym problemem mogą dowiedzieć się czegoś ciekawego w tym temacie.

wtorek, 13 lipca 2010

Kilka przemyśleń po przeczytaniu wiedźmina.

W końcu znalazłem wystarczającą ilość czasu, żeby doczytać Sagę o Wiedźminie Geralcie. W dużej mierze przyczynił się do tego fakt, że ostatnio sporo podróżuję pociągiem do Katowic. Ale do książki wracając... jestem - delikatnie mówiąc - rozczarowany zakończeniem.

Cała książka jest napisana z wielką wyobraźnią, bardzo specyficznym poczuciem humoru, którym nie sposób się nie zarazić. Wielkie ukłony kieruję w stronę Pana Sapkowskiego za umiejętność utworzenia tysiąca różnych wątków, a następnie sprawnego połączenia ich tak, by można było zauważyć jedną, sensowną całość. Jedno co bardzo mnie razi i psuje ogólne pogląd na książkę jest próba zaskakiwania czytelnika niczym Agatha Christie w swoich najlepszych kryminałach. Cały pasztet polega na tym, że cała fabuła książki straciła sens przez jeden drobny, ale za to bardzo ważny fakt: Emhyr to Duny czyli ojciec Ciri.

Dlaczego to nie ma sensu?

Duny wyjaśnia Geraltowi, że pewnego dnia dowiedział się o przepowiedniach. Żeby przepowiednie się nie spełniły potrzebna mu będzie "starsza krew". Stwierdził, że wykorzysta do tego własną córkę. Rozpoczęła się 5 tomowa krucjata Nilfgraardczyków po Ciri. Do tej pory wszystko jest znośne. A teraz uwaga: W końcu Emhyr łapie Ciri, ma to czego chciał. Po dziesiątkach tysięcy trupów dostał swoją własną córkę, którą chciał wykorzystać do swoich niecnych celów. I w momencie gdy cała książka musiałaby się skończyć - co prawda źle i smutno, ale sensownie - Emhyr stwierdza, że nie jest w stanie skrzywdzić własnej córki i puszcza ją wolno.

Hello!?!?! Ktoś tu ostro przesadził. ;)

Tak czy inaczej książkę czyta się niezwykle przyjemnie. Jest wciągająca, zabawna i pouczająca. Gorąco polecam wszystkim.

piątek, 25 czerwca 2010

Czas na zmiany.

Po roku ciężkich przeżyć w pewnej firmie w Bielsku-Białej, której nazwy tutaj nie wymienię, dojrzałem do decyzji, że stanowczo, chcę zmienić miejsce pracy. Realizację tego ułatwiła mi pewna mila Pani z firmy rekrutującej, która sama do mnie zadzwoniła i zaproponowała mi rozmowę.

Nowe środowisko jest bardzo sympatyczne. Z sentymentem wspominam pracę w Krakowie patrząc na podobną organizację i działanie. Kawały biurowe w postaci niegroźnych żartów, ciemny humor kierownika czy przesympatyczna pani na kalendarzu na ścianie - bez dwóch zdań, klimat jest super.

Dojazd - tutaj jedynie można się zastanawiać nad plusami zmiany pracy, ale jeśli wziąć pod uwagę, że w dojazd do poprzedniej roboty zajmował mi 10-15 minut mniej, to nie można się nie zgodzić, z tym, że warunki są bardzo dobre.

Co dalej?

Planuję wrócić na uczelnię. Może jakieś studia podyplomowe? Coraz częściej przechodzi mi to przez myśl i uważam, że to nie jest zły pomysł. W końcu trzeba się rozwijać. ;)

środa, 12 maja 2010

Dlaczego każdy programista powinien spróbować VIM?

Dlaczego powinieneś spróbować korzystać z Vim'a?

Od kilku miesięcy jestem wielkim fanem tego edytora. Ostatnio nawet zacząłem klepać Escape w oknie skype, żeby przejść do innego okienka. :D Można powiedzieć, że naprawdę się zauroczyłem tym narzędziem. Jeśli więc dalej korzystasz z (Boże broń) Notatnika Windows powinieneś się stanowczo zainteresować możliwościami Vim'a

Osobiście zacząłem używać Vima jakieś 10 miesięcy temu kiedy przyszło mi ręcznie nanieść poprawki w pliku, który miał bagatela 400MB rozmiaru. Wszystkie podręczne edytory wysiadały przy takiej ilości danych do wczytania. W końcu kolega poradził Vim'a. Czytałem o nim wcześniej i wiedziałem, że sporo hardcore'owców z niego korzysta, ze względu na pojechane skróty klawiaturowe oraz nietypowe używanie interfejsu. Przemogłem się, odpaliłem vimtutor i jakoś poszło. Od razu powiem wszystkim, że obsługa Vima jest banalnie prosta. W 5 minut każdy pozna rzeczy potrzebne do przyjemnej obsługi plików.

Więc po co powienieneś użwać Vim'a?
Vim jest wszędzie.
Jeśli korzystasz z Mac OS X, dostępna jest wersja CLI, a jeśli chcesz korzystać z graficznej - zainstaluj MacVim. Większość systemów Linuxowych dołącza albo Vim'a albo jego poprzednika vi domyślnie. Jeśli masz dystrybucję okrojoną to na pewno możesz znaleźć pakiety w repozytoriach. O instalacjach Vim'a na Windows'y już nie wspomnę, bo to oczywiste, że taka istnieje. Jeśli używasz edytory takie jak Kate, gedit, Krtite, Notepad++, etc. nie masz pewności, że będziesz mógł kontynuować pracę na innej platformie. Z Vim'em to możliwe.

Kolejny atut:
Vim występuje również jako aplikacja CLI. To oznacza, że można w nim pracować przez np. ssh telnet. Fajnie, nie?
Vim jest "gąbczasty"
Jeśli używasz Vim'a możesz polegać na nim i edytować w jakimkolwiek języku programowania łatwo go przystosowując. Uczysz się Ruby? Możesz to robić używając Vim'a. Chcesz się nauczyć Javy. Po raz kolejny - Vim ci w tym pomoże. Paradoksalnie używając Vima nauczysz się nowych języków szybciej niż specjalnie przygotowanych do tego edytorów.
Vim jest szybki
Ponieważ Vim został zaprojektowany po to by jak najmniej poruszać palcami, korzystanie z niego jest szybsze niż w jakimkolwiek innym edytorze. Skróty klawiszowe i komendy są proste do zapamiętania. W Vimie nie używa się myszki zatem nie musisz poruszać swoich dłoni, żeby przenieść kursor w inne miejsce. Na przykład chcąc przenieść kursor 5 linijek niżej wystarczy wstukać 9j.
Oprócz tego Vim został dobrze zaimplementowany. Tak jak pisałem wcześniej, dobrze sobie radzi nawet z gigantycznymi plikami tekstowymi, które otwiera w ciągu kilku sekund.
Vim jest łatwy w konfiguracji
Przez edycję twojego własnego pliku .vimrc może łatwo modyfikować funkcjonalności Vima zgodnie z twoimi potrzebami. Możesz łatwo zmienić ustawienia, żeby pasowały do twoich programistycznych przyzwyczajeń. Chcesz mieć numer linijki przy każdym wierszu, kolorowanie składni, zmienić skróty klawiszy? Nie ma problemu. Bierz swój .vimrc i hasaj do woli.
Działanie Vim'a można rozszerzyć o pojedyncze skrypty lub gotowe pluginy. Ponadto gdy już raz skonfigurujesz swój edytorek, łatwo można przenieść całą konfigurację na inną maszynę.

Vim zawsze ma sposób na uproszczenie czegoś
To co najfajniejsze w Vimie to to, że jest solidnym, dojrzałym produktem, który zrobi z tekstem cokolwiek chcesz, szybko i prosto. Na przykład, ostatnio musiałem przetworzyć dane w pliku tekstowym w taki sposób by pasowały do zapytań Sql'a. Robiąc to ręcznie poświęciłbym na to przynajmniej godzinę. Poszperałem w necie o tworzeniu makra w Vimie i całą operację zrobiłem w niecałe 20 sekund (plus 1 minuta na szukanie info o tworzeniu makr).
Vim jest ściśle powiązany z linią poleceń
Potrzebujesz pilnie wykonać operację w konsoli, a własnie edytujesz jeden z plików? Użyj ":!" a następnie wpisz komendę, którą chcesz wykonać. Proste? Proste! Po co mi to? Jeśli pracujesz na jakimś plikiem w C++ możesz szybko skompilować program, odpalić go z konsoli, sprawdzić i sprawdzić wynik. Po zakończeniu Vim wróci do miejsca w którym byłeś poprzednio.

Wszystkich którzy pragną poznać potęgę Vima zapraszam na stronę projektu.

piątek, 7 maja 2010

TuxGuitar - kompozycja w zasięgu... kliknięcia.


Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że istnieje coś takiego jak TuxGuitar.
Jest to darmowy program, za pomocą którego można w łatwy i szybki sposób tworzyć własne kompozycje wielościeżkowe. Głównie przewidziany jest dla gitarzystów i pianistów ze względu na rozbudowany interfejs, ale każdy kto zna nuty, tabulatury itp. poradzi sobie doskonale.

To co jest główną zaleta programu to jego cena (za darmo), dostępność (wszystkie systemy operacyjne), wymagania (praktycznie zerowe)  i niewielki rozmiar. Dodatkowo program potrafi obsłużyć większość komercyjnych formatów oraz wiele darmowych, m.in.: .gtp, gtp3, gtp4, .ptb, .tef, .mid, .txt.

Wszystkich zainteresowanych odsyłam na strone producenta: http://tuxguitar.herac.com.ar/

Bilans zyskow i strat

Mam kilka własnych przemyśleń na temat organizowania wieczoru kawalerskiego (za i przeciw):

Cały dzień przygotowan, trzycyfrowy rachunek, dzień wycięty z życiurysu z powodu kaca i 5 godzin wyśmienitej zabawy.

Tak, w dużym uproszczeniu można przedstawić bilans zysków i strat organizacji i realizacji czegoś na kształt "wieczoru kawalerskiego". Po takim wstępie nasuwa sie pytanie "czy było warto i czy zrobiłbyś to jeszcze raz?".

Czy było warto? Oczywiście - wspomnienia są nieocenione (przynajmniej do momentu, w którym urywa się film).
Czy zrobiłbyś to jeszcze raz? Stanowczo tak - ale troszke inaczej i paradoksalnie na większą skalę.

Kilka drobnych problmemów, które pojawiają się przy organizowaniu tego typu imprezy:
Koszty - oczywiście najwięcej kosztuje alkohol, ale to zależy od tego, co jest w planie do spożycia.
Termin - trudno dobrać termin imprezy tak, żeby zgrać wolny czas dla 10-15 osób. Zawsze znajdzie się ktoś, komu coś wypadnie, dlatego sugeruje nie przejmować sie tym aż tak.

Ni mniej ni więcej gorąco polecam przeżyć (dosłownie) każdemu kawalerowi własne stag party.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Czy jesteś wśrod 10% programistów, którzy potrafią zaimplementować wyszukiwania binarne?

Wyszukiwanie binarne rozwiązuje problem (wyszukiwania wcześniej posortowanej talbicy) poprzez manipulowaniem zakresem tablicy, w której znajduje się wyszukiwana wartość. Wstępnie zakresem jest cała tablica. Nastęnie zakres jest dzielony na dwie części i następuje sprawdzenie, czy poszukawna wartość jest mniejsza lub większa od wyznaczonego środka zakresu. Ten proces trwa do momentu gdy wartość zostanie znaleziona lub gdy zakres jest pusty.

Złożonośc obliczeniowa takiego algorytmu wynosi log(2)N.

Większośc programistów uważa, że korzystając jedynie z powyższego opisu algorytmu implementacja jest prosta. Nic bardziej mylnego. Jedyny sposób by to sprawdzić to napisać algorytm samemu bez korzystania z dodatkowych pomocy. :)

Zasady testu są następujące:
  1. Użyj dowolnego języka programowania.
  2. Żadnego wycinania, wklejania, CTRL+c, CTRL+v, itp.
  3. Nawet nie podglądaj na kod algorytmu od innych.
  4. Nie używaj bsearch() i innego typu oszustw. ;)
  5. Nie spiesz się. Czas nie gra roli.
  6. Możesz użyć jedynie kompilatora do sprawdzenia składni programu.
  7. ŻADNEGO TESTOWANIA, dopóki program nie będzie napisany od początku do końca.
Jeśli uznasz, że napisałes dobry program, porównaj go z tym linkiem.

środa, 21 kwietnia 2010

To work@home or not to work@home?

Dzisiaj chciałem podzielić się z Wami moimi przemyśleniami na temat pracy w domu (pracy zdalnej) jako programista.

Kilka lat temu zostałem zatrudniony przez portal zapewniający pasaże sklepów online. Firma nie posiadała jeszcze biura dlatego skutkiem ubocznym była konieczność - co bardzo było mi na rękę ze względu na dzienny tok studiów - pracy zdalnej.

Początki były błogie - elastyczne godziny pracy, to jest to czego każdemu szczerze życzę. Chcesz w danej chwili popracować? Pracujesz. Nie masz ochoty? Wychodzisz na miasto - wracasz po kilku godzinach i wtedy pracujesz - za zwyczaj do późna. Niby wszystko fajnie - tylko nie wiedzieć dlaczego tych pierwszych przypadków (że nie chce się pracować) było znacznie więcej. Problemem jest mobilizacja. Nie chodzi tutaj o kwestie finansowe, bo pensja była godziwa. Chodzi to zasadę: "jeśli masz coś zrobić, usiądź i poczekaj aż ci przejdzie". Ona bardzo dobrze się tutaj sprawdza.

Druga sprawa: brak obcowania z ludźmi. Może i był spokój w pokoju, brak jęczących administratorów i wpadających do pokoju Project Managerów, ale z doświadczenia pracy w wielkiej firmie powiem Wam, że nic tak nie cieszy jak piłeczka ping-pongowa rzucona przez kolegę z drugiej części biura odbijająca się od monitora i trafiająca centralnie w nos.

Trzecia sprawa: jesteś w domu! Wszystko co związane z domem kojarzy mi się z pracami domowymi oraz z odpoczynkiem a nie pracą. Ponadto, przychodzi (np. ciocia) i mówi: "O, widzę, że jesteś w domu, mógłbyś mnie zamieźć do miasta na rynek?" Odpowiedź: "Bardzo chętnie ciociu, ale pracuję." Riposta: "Jak pracujesz, przecież widze, że bawisz się komputerem.".

Myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie z bilansu plusów-minusów pracy zdalnej w domu jako programista.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Backupy, backupy, backupy...

Jest takie stare rzymskie przysłowie:
Są dwa typy ludzi: Ci, którzy robią backupy i Ci, którzy BĘDĄ robili backupy!
Nie trudno się z nim nie zgodzić. Czy może nie mieliście takiej sytuacji, w której pluliście sobie w brodę: Dlaczego nie nagrałem tego na płytkę-pendrive'a? Albo najprościej - jak robi moja wife-to-be - nie wysłałem sobie maila do samego siebie? Przecież można było tego uniknąć!

Pozwólcie, żę zaprezentuję Wam proste, super-wygodne, oczywiście darmowe i bardzo pomocne narzędzie:
Dropbox.

Podstawowa zasada działania prorgamu jest następujaca:
  1. Wybiera się katalog na swoim dysku lokalnym, który bedzie pełnił funckję dysku zapasowego.
  2. Program synchronizuje zawartość tego wybranego katalogu ze zdalnym repozytorium za każdym razem gdy wprowadzone zostaną jakieś zmiany w katalogu lub w zdalnym repozytorium.
Proste? Bardzo!

Dodatkowym atutem programu jest możliwość dostępu do danych przez zwykła stronę WWW. Dla przykładu: W naszym katalogu zapisaliśmy jakiś dokument. Katalog uległ synchronizacji i kopia dokumentu została utworzona w zdalnym repozytorium. Nasz dysk ulega poważnej awarii - przypadkowy upadek z 7 piętra - i tak 4 razy. Żeby odzyskać nasze zapasowe dane wystarczy:
  • Odwołać się do strony www Dropboxa i poprzez przeglądarkę uzyskać dostęp do dokumentu.
  • Zainstalować Dropboxa ponownie, wybrać jakiś katalog na dysku i poczekać aż zawartość się synchronizuje ze zdalnym repozytorium.
Jeśli ktoś chce poczytać więcej o wykrozystaniu Dropboxa, to odsyłam do artykułu w serwisie VBeta.

niedziela, 18 kwietnia 2010

Na pewno każdy kiedyś miał styczność z programami typu "portable". Dla przypomnienia aplikacje portable to takie, które nie wymagają instlacji w systemie, a co za tym idzie mogą być uruchamiane z urządzeń przenośnych (stąd "portable").
Czyż to nie jest wygoda? Zamiast tracić czas na instalowanie jakiejś aplikacji - powiedzmy Adobe Photoshop - która będzie zajmowała na dysku miejsce wystarczy podłączyć pendrive'a ze źródłem aplikacji i uruchomić ją dwoma kliknięciami. Wygodne i poręczne.

Warto zapoznać się ze zbiorem apliakcji portable prezentowanym przez serwis VBeta.pl. Znajdziecie tam listę 13 aplikacji portable do czyszczenia komputera z wirusów i innych robaczków.

sobota, 17 kwietnia 2010

Coś ze sportu - NBA Rulez!

Pewnie nie każdy się interesuje koszykówką i to zrozumiałe - nie kazdy jest doskonały ;)

Ale wszystkim którym nie jest obojętne dobre widowisko sportowe i emocje sięgające zenitu, GORĄCO POLECAM obejrzeć poniższy filmik z TOP 10 PLAYS of the 2009/2010 NBA Season. Ludziska, naprawdę warto.


Tym, którzy się interesują tym pieknym sportem pragnę przypomnieć, że jutro zaczynają się Playoffy 2010.
W tym w 1 rundzie finałów spotkają się następujące zespoły:
  • Los Angeles Lakes vs. Oklahoma City Thunder
  • San Antonio Spurs vs. Dallas Mavericks
  • Portland Trail Blazers vs. Phoenix Suns
  • Utah Jazz vs Denver Nuggets
  • Chicago Bulls vs. Cleveland Cavaliers
  • Charlotte Bobcats vs. Orlando Magic
  • Milwaukee Bucks vs. Atlanta Hawks
  • Miami Heat vs. Boston Celtics 

Może ktoś wytypuje zwycięzców? Zapraszam do komentowania.

piątek, 16 kwietnia 2010

Nowości w GMailu

W usłudzie GMail od firmy Google pojawiło się kilka dodatkowych udogodnień dla wszystkich korzystających z tej - moim skromnym zdnaiem - najlepszej usługi pocztowej przez WWW.

Pierwszy feature - "drag&drop" to umożliwienie przenoszenia plików z pulpitu do wiadomości e-mail jako załącznik. Identyczna funkcjonalność pojawiła się już wczesniej w Google Wave. Ograniczenie wielkości plików to 25 MB oraz dodatkowo póki co z tej funkcjonalności mogą skorzystać jedynie osoby eksplorujące internet przy pomocy Firefoxa 3.6 i Google Chrome 4+.

Drugi feature to integracja Gmaila z Kalendarzem Google. Od dzisiaj do każdej wiadomości można w prosty sposób dołączyć zaproszenie do wydarzenia. Wystarczy skorzystać z linka "Zaproszenie", które znajduje się ppod polem tematu wiadomości.

źródło: Webinside.pl

środa, 14 kwietnia 2010

Czy warto korzystać z mobilnego internetu w komórce?

Dopóki nie zacząłem pracować nad serwisami mobilnymi w lajt.onet.pl nie zdawałem sobie sprawy z tego jak wiele możliwości i jak wiele frajdy daje korzystanie z internetu w komórkach. :) ...najlepiej jak to jeszcze jest za darmo, ale o tym za chwilke.

Prawie każdy ceniony się serwis internetowy posiada swoja kopie-odpowienik na urządzenia mobilne, żeby każdy i z dowolnego miejsca na ziemi, mógł przy użyciu telefonu komórkowego - bo kto teraz, oprócz mojego dziadka - nie chodzi wszędzie z telefonem komórkowym - sprawdzić pocztę, wiadomości, wynik meczu, lub ile wzrostu miał Lech Kaczyński wcześniej zakładając się o to z kumplem...

Zabawa jest naprawdę przednia, telefony poręczne z coraz większymi wyświetlaczami. Jednak w Polsce mamy jeden mankament: Internet mobilny jest nadal bardzo drogi. Osoby, które prywatnie chciałyby korzystać z uroków mobilnego dostępu do netu muszą liczyć się, że koszta są wysokie. Mimo iż za 1MB danych płaci się naprawde symboliczne grosze, to na wszystkich stronach coraz więcej jest grafiki, JS i innych wodotrysków, za ściągnięcie których po prostu trzeba zapłacić. Po 15 minutach szperania po wikipedii, onecie czy nawet m.google.com można się okazać, że wydaliśmy na to kilka złotych.
Co warto przeglądać na komórkach?
Przedewszystkim zależy to oczywiście od twoich zainteresowań - to logiczne. Pytanie brzmi: Od czego zacząć? Warto zaczepić sie najpierw o jakiś portal, który zapewni nam szybki dostęp do informacji, np lajt.onet.pl.
Powiedzmy, że chcemy np znaleźć coś na temat koszykówki NBA. Wchodzimy na lajt.onet.pl, następnie do kategorii Sport, potem koszykówka, a potem NBA. Przypominam, że za każdym razem jak ładuje się nowa strona operator telekomunikacyjny zabiera nam nasze grosze. Dlatego jak już dotrzemy tam gdzie znajdują się interesujące nas informacje warto utworzyć sobie w telefonie zakładkę/skrót do tej strony.
Bardzo bogaty zbiór serwisów na komórki posiada google. Wystarczy wpisać adres google.com, a w komórkowej przeglądarce uruchomi się mobilna wersja serwisu. Wikipedia, Twitter, Facebook - tu również warto zaglądnąć używając komórki.
A jak zredukować koszty / korzystać za darmo z internetu w komórce?
Proste dwa sposoby:
  1. Wybrać plan taryfowy zapewniający darmowy dostęp do sieci przez komórkę.
  2. Upewnić się, że telefon posiada możliwość połączenia z internetem przez Wi-Fi.
Jeśli chodzi o ten drugi sposób, to coraz większa ilość komórek posiada obsługę Wi-Fi. Co wtedy zrobić? Wystarczy rozglądnąć się w około i poszukać czegoś takiego jak hotspot - to takie miejsce np, w restauracji, kawiarni, dworcu, itp. gdzie można za friko połączyć się z netem przez Wi-Fi. Jak już znajdziemy hotspota, to najlepiej zamówić sobie kawę i rozkoszować się serfowaniem po necie korzystając z własnego telefonu komórkowego.

piątek, 9 kwietnia 2010

Dyplom i co dalej?

Pozwoliłem sobie zrobić dłuższą przerwę od wszystkiego, bo ostatnio sporo się podziało. TAK! Zostałem marigstrem i inzynierem za jednym zamachem. Z wielką radością mogę powiedzieć wszystkim, że... zupełnie nic to w moim życiu nie zmieniło. Jeden kolega pocieszał mnie, że to kiedyś będzie procentować, jednak w naszym bardzo rzemieślniczym zawodzie śmiem twierdzić, iż NIE!
Wyższe zarobki?
Oczywiście, że nie. Przecież każdy pracodawca zamiast zapłacić 500 PLN więcej wykwalifikowanemu, dyplomowanemu inżynierowi, będzie wolał zatrudnić na jego miejsce dwóch młodych studentów, którzy będą zapewne bardziej wydajni, mniej kręcący nosem i wyrzymalsi. Brutalne? Ale prawdziwe.
Co zatem zrobić, żeby dotychczasowa nauka nie poszła w las?
 Odpowiedzi jest kilka. Ja zaprezentuję dwie najprostsze:
  1. Ucz się dalej.
  2. Poszukaj pracy na innym stanowisku i licz na to że uda Ci się naciągnąć pracodawcę na to, że będziesz równie wydajny co dwóch tanich młodych studentów.
Uczyć się?
Owszem! Masz już tytuł - wykorzystaj go jako przepustkę na studia podyplomowe. Teraz magiczna zasada: nie kontynuuj tego fachu który już masz - i tak nikt tego nie doceni. Zrób dyplom z czegoś zupełnie nie związanego z tym, czego uczyłeś się do tej pory. Takie combo pozwoli poszerzyć swoje horyzonty i elastyczność jeśli chodzi o rozwój zawodowy.

Drugie rozwiązanie jest na tyle naiwne, że nawet nie próbuję go rozwijać. Niemniej słuszne i bardzo pożądane.
 

piątek, 8 stycznia 2010

Jak być na programistą na "czasie"?

Bycie na "czasie" jako programista to trudne zadanie przez duże T. Żyjemy w takich czasach, kiedy nowe technologie wypływają jak grzyby po deszczu. W momencie, gdy udoskonaliłeś jakąś technologię, okazuje się, że w między czasie pojawiły się jej nowsze wersje... Większości pracodawców zależy na tym, żeby zatrudniać programistów, którzy posiadają rzetelną wiedzę wśród nowych technologii. 


Żeby być "uptodate" nie pozostaje nam nic innego jak tylko kształcić się na własną rękę po godzinach. Jeśli myślisz o zmianie pracy, albo akurat szukasz nowej, zmotywuj się do tego, by poznać coś nowego i zadziwić potencjalnego pracodawcę swoją wszechstronnością i znajomością rynku IT.


Pytanie brzmi:
"Jak być na czasie z nowymi technologiami?"
Gorąco polecam znaleźć sobie jakieś źródło internetowe, które będzie Cie na bieżąco informować o nowościach ze świata. Osobiście korzystam z takich serwisów jak Gadżetomania.plVBeta.pl czy OSNews.pl

Ciekawostka dla wszystkich programistów...

Czy wasza programistyczna kariera również zbiega się z opisem dostępnym pod linkiem?

Ewolucja programisty

czwartek, 7 stycznia 2010

6 rzeczy których nie powinno się robić podczas tworzenia stron internetowych

Przeczytałem niedawno krótki artykuł na temat tego, czego nie powinno się robić, a raczej czego powinno się robić (co nie znaczy, że nie wolno) podczas tworzenia stron.

Lista prezentuje się następująco:
1. Don’t forget to clear your floats.
2. Don’t use tables for your website layout… any part of it.
3. Don’t overuse absolute positioning.
4. Don’t forget that not everyone has JavaScript enabled.
5. Don’t overestimate the browser compatibility of your users.
6. Don’t forget that your website will be viewed by all types of monitor sizes.

Nie ze wszystkim tym, co widnieje powyżej muszę się zgodzić.

Wszystkie te punkty mają spore znaczenie, jednak chciałbym zwrócić uwagę na punkt 4.
Pytanie brzmi:
"A kto nie ma włączonego JavaScriptu?"
Owszem, bywają tacy którzy korzystają z wtyczek typu "NoScript" do Firefoxa, którą osobiście polecam, ale wchodząc na serwisy które posiadają jako taką "renomę" i tak JS się włącza, żeby zobaczyć jak czy nie ominie nas jakiś filmik itp.
Ponadto 95% użytkowników serwisów internetowych nie jest nawet świadoma, że jest coś takiego jak JS, a co dopiero mówić o wyłączaniu JS w przeglądarce, która, nawiasem mówiąc, jest domyślnie włączona.
"Jak to jest z tymi floatami?"
Prosta sprawa - jeśli ustawiasz blok jako float:left to nie zapomnij w następnym bloku równiez ustawić na float:left i odpowiednio dopasować szerokość bloku.
"A tabelki?"
Z tabelkami jest jak ze starymi kobietami. Troszkę makijażu i wszystko ładnie wygląda, ale jak przyjdzie dostosować się do nowej sytuacji, to lepiej sobie strzelić w łeb.
Tym nieco seksistowskim stwierdzeniem chciałem dać do zrozumienia, że utworzenie layoutu na tabelkach może i jest prostsze i szybsze, ale do czasu... Przychodzi taki moment w życiu każdego twórcy stron, że podejdzie do was Team Leader i powie: "Dodaj mi jeszcze jeden bloczek, ale nie na dole, tylko po prawej stornie layoutu". Wtedy w każdym miejscu gdzie było <tr><td> będziecie musieli dodać colspan="+1". A teraz wyobraźcie sobie, że wierszy macie 20. I co? W każdym miejscu będziecie zwiększać liczbę kolumn o jedną? Czy nie prościej wstawić relatywnego <div>'a który pieknie ulokuje się tam gdzie chcecie?

Relatywnego!

Podkreślam to słowo. Dlaczego? Ta sama kwestia. Jeśli ulokujecie kilka bloków "absolutnie" na stronie na następnie wpadnie wam do głowy pomysł, żeby zmienić ich ułożenie, albo dodać kilka nowych, to będzie dużo więcej roboty z tym.
"Nie przeceniaj możliwości przeglądarek."
Tutaj również można pokusić się o odrobinę polemiki. Od czasu kiedy Google zdecydowało, że przestaje wspierać serwisy dla IE6, naukowcy zanotowali polepszenie stanu zdrowia programistów i designerów. Co tu dużo mówić. IE6 nie jest dobrą przeglądarką. Jednak sa narzędzia, takie jak jQuery, Prototype, które potrafią sobie poradzić z mankamentami wszystkich niekompatybilnych ze standardem W3C przeglądarek z IE6 na czele.
"A rozmiar strony?"
Tutaj przemawiają do nas statystyki i to przede wszystkim na nich należy opierać zasady projektowania stron. Jeśli statystyka mówi, że 70% użytkowników korzystających z serwisu posiada rozdzielczość ustawioną na 1024x768 to oczywistym jest (przynajmniej powinno być), ze nie ustawimy nowego layoutu domyślnie na 1600x1200.