czwartek, 14 października 2010

Więzadło krzyżowe - nieobiektywna historia pewnego kolana cz.1 - "Początek"

Cała przygoda z uszkodzonym więzadłem zaczęła się 19 września 2008 roku. Były to czasy (brzmi to tak, jakbym miał już co najmniej 50 lat), kiedy jeszcze chodziliśmy regularnie grać w siatkę razem z Panem Mateuszem W. Nic specjalnego - amatorszczyzna, ale zabawa była przednia. Standardowe spotkanie wyglądało tak: krótka rozgrzewka, jakiś set w ramach rozeznania, a potem zabawa w pełni. Bywało nas nieraz 12-14, jednak średnia liczebność to 8-10.

Graliśmy jak zwykle, około 2 godziny. Czasu wystarczało, żeby zagrać 7-8 setów. Pod koniec 5 seta, skoczyłem do bloku. Wybicie typowe, około metr przed siatką. Atakujący był 60-letnim dziadkiem, wiec nie spodziewałem się super mocnego ataku, raczej przygotowywałem się na szybki powrót na ziemię, żeby odebrać kiwaną piłkę. Tak to wyglądało w teorii. Życie wyglądało natomiast następująco: moment wybicia - so far so good. Złożenie się do bloku - tu był już problem, bo leciałem do góry jak bezwładne ciało i tak też wróciłem na ziemię. 68 kg bezwładu spadło na parkiet i narobiło zamieszania. Więzadło nie wytrzymało wybicia i musiało się zerwać w tym właśnie momencie. Nie przypominam sobie, żeby cokolwiek innego miało wpłynąć na jego uszkodzenie.

No nic... stało się - doczołgałem się do ławki, usiadłem i zrobiłem małe rozpoznanie. Ponieważ moje doświadczenie w jakichkolwiek urazach było równe "zeru", nie potrafiłem ocenić, co mi się tak naprawdę stało. Ktoś tam wołał, łąkotka, ktoś wołał ścięgno itp... Spróbowałem stanąć na nogi. Ok, udało się. Teraz kilka kroków. Nie jest najgorzej. Idę. Troszkę bolało przy mocniejszym zginaniu, ale ogólnie to nie było tragedii. Złamanie można wykluczyć.

Chłopaki, skończyli meczyk (jeszcze 2 sety), a ja posiedziałem na ławce. Bólu prawie nie było. Przynajmniej nic takiego co sprawiłoby, żebym o tym pamiętał, ale zdecydowaliśmy razem z Panem Mateuszem W. skoczyć na pogotowie do Czechowic-Dziedzic...

C.D.N. :)

Brak komentarzy: