niedziela, 31 października 2010

Więzadło krzyżowe - nieobiektywna historia pewnego kolana cz.5 - "Życie z zerwanym więzadłem"

Od razu na początku zaznaczę, że bez więzadła krzyżowego przedniego da się żyć. A dlaczego by nie. Czasem mogą pojawić się problemy z utrzymanie równowagi, ale jeśli ktoś nie porusza się dużo, to praktycznie nie zauważy różnicy. Jednak należy pamiętać, że jak więzadła nie ma to amortyzacja kolana praktycznie nie istnieje. Co więcej nieświadomie krzywimy sobie kręgosłup. Dlaczego? Otóż jak się okazuje (skąd to wszystko wiem, to napiszę później) zdrowa noga przejmuje automatycznie braki w stabilizacji. Co za tym idzie większe obciążenie pojawia się na mięśniach zdrowej nogi, które bezpośrednio przenosi się na mięśnie grzbietu.I w ten oto sposób od października 2008 roku do października 2010 roku niczego nieświadomy doprowadziłem do przeniesienia ciężaru ciała w 60% na prawą nogę. Można sobie wyobrazić, co by się działo po 5 latach.

Jak to się stało, że końcu zdecydowałem się na zrobienie cokolwiek w kierunku leczenia kolana?
Prosta sprawa: dokładnie ten sam problem miała moja ciotka. Udała się do specjalisty poleconego przez jej znajomego lekarza. Jak się okazało ów specjalista to facet o złotym sercu i magicznych rękach, który składa do kupy sportowców. Szybka operacja i po 3 miesiącach ciotka biega po schodach. Mimo, iż dosyć sceptycznie byłem nastawiony do wszystkich ortopedów po tym co pokazał mi poprzedni ortopeda zdecydowałem się zaryzykować.

C.D.N.

sobota, 30 października 2010

Więzadło krzyżowe - nieobiektywna historia pewnego kolana cz.4 - "Pierwsze wyniki, diagnoza i podjęte leczenie"

Pojawiłem się na umówionym badaniu usg kolana - kolejny wydatek, tym razem 50 zł. Lekarz radiolog, specjalista stawów kolanowych zrobił mi około 5 minutowe badanie ze wszystkich stron kolana. Strzelał przy tym zupełnie niezrozumiałymi dla mnie tekstami, które zapisywała sympatyczna młoda sekretarka. Wynik badania wyglądał tak:
(kiedyś tu przepiszę wynik badania)

W poniedziałek pojawiłem się po raz trzeci u ortopedy (trzeci raz płacąc 80zł przy czym jeszcze nic się nie dowiedziałem). Wizyta tym razem była dłuższa niż standardowe 90 sekund. Nie dziwi mnie to o tyle, gdyż samo przeczytanie wyników badania zajęło ortopedzie minutę, po czym wyjaśnił mi krótko, że więzadło krzyżowe zostało (prawie całkiem) zerwane, ale nie ma co płakać, jestem młody i może się samo zrośnie. Dostałem zalecenie, żeby chodzić na siłownię by odbudować mięsień czworo-głowy uda, który rzekomo miałby przejąć stabilizującą funkcję więzadła. No dobra - pomyślałem - w końcu to ty jesteś lekarzem, nie ja, zakładam, że wiesz co robisz. Dostałem zalecenie, żeby wybrać sobie jakąś poradnię rehabilitacyjną i wziąć 10 zabiegów pola magnetycznego i jonoforezy.

Ponieważ rozpoczął się już rok akademicki i mieszkałem w Krakowie, znalazłem sobie poradnię rehabilitacyjną niedaleko mojej kamienicy. Publiczny przybytek szczęścia i radości był utrzymany w stylu lat 80. Wszystko w środku wyglądało na sprzed 30-lat, łącznie z pielęgniarkami. Znalazłem odpowiednie okienko i podałem kartkę od ortopedy na której było nabazgrane: 10 pole magnetyczne, 10 jonoforeza. Na początku pani pielęgniarka kręciła nosem, że teraz nie mają na to czasu i poza tym na skierowaniu nie ma pieczątki lekarza i zakładu, który mnie "leczył", wiec nie będzie mogła mnie przyjąć na zabiegi. Dopiero jak uświadomiłem Pani, że to prywatne leczenie, na jej twarzy pojawił się uśmiech a drzwi się szeroko otworzyły i mogłem przystąpić do pierwszego zabiegu.

Koszt 10 zabiegów pola magnetycznego i jonoforezy zamknął się w 300 zł. Sumując to z 3*80zł + 50zł, które wydałem w Pszczynie wychodzi na to, że nasza bezpłatna służba zdrowia kosztowała mnie do tej pory 590 zł.

Zapomniałem napisać jeszcze o stabilizatorze na kolano, które ortopeda zalecił mi kupić: 100zł.

A zusammen do kupy: 690zł (nie licząc drobnych wydatków na zastrzyki przeciwzakrzepowe i żele Fastum)

C.D.N.

niedziela, 17 października 2010

Więzadło krzyżowe - nieobiektywna historia pewnego kolana cz.3 - "Poradnia ortopedyczna"

Zgodnie z poleceniem od lekarza z izby przyjęć 10 dni po założeniu gipsu postanowiłem zgłosić się do poradni ortopedycznej. Pozbierałem troszkę informacji od rodziny i wybrałem jednego lekarza, który został sprawdzony i swojego czasu bardzo dobrze poskładał mojego wujka. Znalazłem więc namiar do poradni i dzwonię, żeby się umówić na wizytę. Bardzo kulturalna Pani zapytała mnie co ja w ogóle od nich chcę, a po krótkim opisie mojej przypadłości raczyła mi dwa terminy spotkania: 29 września albo 8 maja 2009 roku (w ramach przypomnienia podam, że dzwoniłem 26 września 2008r.). Troszkę zdziwił mnie rozrzut, więc pytam o co chodzi z tymi datami, a Pani na to, że ta bliższa data jest wizytą prywatną, a ta dalsza finansowana przez NFZ... Czujecie groteskę? :D

Ok. Podobno na zdrowiu się nie oszczędza. Powiedziałem więc Pani, że pojawię się w poniedziałek (26.09.2008). Jak powiedziałem, tak zrobiłem. Pojawiam się na poradni, kulturalna Pani mówi, żesię należy 80 zł za wizytę po czym kieruje mnie na pierwsze piętro do gabinetu nr 1. Pełen optymizmu (w końcu tyle kasy wywaliłem za wizytę) siadam w poczekalni przed gabinetem i czekam na swoją kolej. Po 15 minutach doktor (dr n.med., kolejny powód do optymizmu) wywołuje moje nazwisko. Chwytam więc kule i człapię do jego gabinetu.

Wizyta w gabinecie wyglądała następująco:
Dr: "Co Panu dolega?"
Podałem lekarzowi notatkę z izby przyjęć i opowiedziałem dokładnie jak to się stało i co czułem.
Dr: "Dobrze. Proszę przyjść za tydzień do ściągnięcia gipsu."
Czas wizyty w gabinecie: 40 sek. - 1 min.

Skoro lekarz ortopeda, specjalista do urazów kolan, dr n.med. mówi, że mam jeszcze chodzić w tym gipsie, to znaczy, że tak ma być. Ok. Przyjmujemy i przyjeżdżamy tydzień później o tej samej porze.

Sytuacja była równie szybka co tydzień wcześniej.
Polecenie: zdjąć gips.
No to zdejmujemy. Prawie własnej nogi nie poznałem - chudsza 2 razy, mięśni na nodze brak: czworo-głowy uda zniknął, mięśnie łydki, ledwo widoczne. Dla wyjaśnienia podaję, że nigdy nie byłem typem sportowca, ale czworo-głowy zawsze był i prezentował się bardzo dobrze.
W kolanie pojawił się spory wysięk. Szybka punkcja i wracam do gabinetu lekarza po dalsze instrukcje, które brzmiały tak: Proszę się zgłosić gdzieś na przeprowadzenie usg kolana. Najlepiej u nas na miejscu.
Pytanie z mojej strony: "A kiedy można?"
Odpowiedź: "W najbliższy piątek. Widzimy się za tydzień z wynikami usg."

C.D.N.

sobota, 16 października 2010

Więzadło krzyżowe - nieobiektywna historia pewnego kolana cz.2 - "Pierwsza diagnoza"

Na pogotowiu w Czechowicach dowiedzieliśmy się w sumie tylko tyle, że z moją przypadłością powinienem pojechać na izbę przyjęć w szpitalu wojewódzkim w Bielsku-Białej. Podczas wychodzenia z pogotowia pojawiła się też pierwsza niestabilność w kolanie objawiająca się "prawie że" sprowadzeniem pionowej postawy ciała do pozycji horyzontalnej. Szczęściem dla mnie skończyło się tylko na oparciu o futrynę drzwi.

Izba przyjęć w Szpitalu Wojewódzkim w Bielsku-Białej:
W sumie to powinienem ten fragment pominąć, żeby oszczędzić wszystkim nerwów, ale tą krótką retrospekcją chciałem zwrócić uwagę wszystkim by nie wierzyć bezmyślnie wszystkim lekarzom tylko skonsultować się zawsze z więcej niż jednym specjalistą. (Mądry Polak po szkodzie, ale lepiej późno niż wcale).

Zaraz po wejściu do przybytku radości i szczęścia przy al. Armii Krajowej 101 udałem się do okienka gdzie bardzo miła Pani zechciała mnie zarejestrować i przydzieliła mi numerek. 82 - duża liczba, ale zerkając na obecny obsługiwany: 79, pomyślałem, że nie powinno być tragicznie - w końcu jeszcze tylko dwie osoby przede mną. Zdziwiło mnie co prawda, że osób w poczekalni było z 15, ale kto by się tym przejmował. Optymizm i cierpliwość zostały szybko nadwyrężone poprzez pojawienie się na wyświetlaczu numerka 72 zamiast 80. Cóż... Ale jedziemy dalej. Po pierwszej godzinie czekania w poczekalni pojawił się jakiś koleś ubrany pod garnitur z jedną stopą bosą spod a z palca, który był swoją drogą porządnie rozcięty, ciekła krew skromnym strumieniem. Gościu usiadł spokojnie na jednym krześle i podkładając pod sobie pod stopę chusteczkę higieniczną czekał na swoją kolej. Po 15 minutach pojawiła się pod nim kałuża wielkości 20x20 cm i kilka osób zaczęło mu zwracać uwagę, żeby wszedł do środka bo się wykrwawi, albo żeby nogę położył na krześle obok, ale on skwitował to jedynie tym, że spokojnie poczeka na swoją kolej. To zabrzmiało jak wyzwanie dla Szpitala... ;) Po kolejnych 15 minutach przechodziła pielęgniarka i stwierdziła, że Pan się chyba wykrwawia, bo jest blady i wzięła go do pokoju przyjęć. Jak się okazało później, nie zajęli się nim oczywiście od razu, tylko położyli go na łóżku, podali lód i kazali czekać.

Po 2,5 h czekania (mamy godzinę 22), na wyświetlaczu pojawił się mój numerek i dumnie wszedłem do środka. Młody (ok. 30 lat) lekarz zapytał co mi dolega. Krótko mu powiedziałem co się stało, po czym kazał mi przejść na koniec korytarza do RTG, żeby sprawdzić czy nie mam nic złamane i co tam się z tymi stawami porobiło. Taki paradoks: sam sobie miałem przejść do RTG, żeby zweryfikować czy nie ma nic złamane... :D Anyway, zdjęcie mi zrobiła kolejna miła Pani, na której twarzy malował się uśmiech mówiący: "cholera, znowu pacjent". Kolejne 15 minut czekania i na wynik zdjęcia i jestem z powrotem u młodego lekarza, który mnie przyjmował. Zerknął na zdjęcia RTG, po czym zawyrokował: torus gipsowy, od kostki do pośladków. Zapytałem co się stało z tym kolanem, a w odpowiedzi usłyszałem jedynie krótkie: "naderwanie więzadeł". Jak obiecali tak zrobili - wpakowali mi nogę do gipsu od kostki po jajka a na odchodne kartkę A4 z opisem urazu i zaleceniem, żeby się po 10 dniach zgłosić do poradni ortopedycznej i receptę na dwa lekarstwa. No to dobrze - skoro tak prawią, tak zrobię. Ale o tym jak wyglądały moje przeboje z poradnią ortopedyczną i o najciekawszej recepcie w moim życiu - w następnej notce...

C.D.N.

czwartek, 14 października 2010

Więzadło krzyżowe - nieobiektywna historia pewnego kolana cz.1 - "Początek"

Cała przygoda z uszkodzonym więzadłem zaczęła się 19 września 2008 roku. Były to czasy (brzmi to tak, jakbym miał już co najmniej 50 lat), kiedy jeszcze chodziliśmy regularnie grać w siatkę razem z Panem Mateuszem W. Nic specjalnego - amatorszczyzna, ale zabawa była przednia. Standardowe spotkanie wyglądało tak: krótka rozgrzewka, jakiś set w ramach rozeznania, a potem zabawa w pełni. Bywało nas nieraz 12-14, jednak średnia liczebność to 8-10.

Graliśmy jak zwykle, około 2 godziny. Czasu wystarczało, żeby zagrać 7-8 setów. Pod koniec 5 seta, skoczyłem do bloku. Wybicie typowe, około metr przed siatką. Atakujący był 60-letnim dziadkiem, wiec nie spodziewałem się super mocnego ataku, raczej przygotowywałem się na szybki powrót na ziemię, żeby odebrać kiwaną piłkę. Tak to wyglądało w teorii. Życie wyglądało natomiast następująco: moment wybicia - so far so good. Złożenie się do bloku - tu był już problem, bo leciałem do góry jak bezwładne ciało i tak też wróciłem na ziemię. 68 kg bezwładu spadło na parkiet i narobiło zamieszania. Więzadło nie wytrzymało wybicia i musiało się zerwać w tym właśnie momencie. Nie przypominam sobie, żeby cokolwiek innego miało wpłynąć na jego uszkodzenie.

No nic... stało się - doczołgałem się do ławki, usiadłem i zrobiłem małe rozpoznanie. Ponieważ moje doświadczenie w jakichkolwiek urazach było równe "zeru", nie potrafiłem ocenić, co mi się tak naprawdę stało. Ktoś tam wołał, łąkotka, ktoś wołał ścięgno itp... Spróbowałem stanąć na nogi. Ok, udało się. Teraz kilka kroków. Nie jest najgorzej. Idę. Troszkę bolało przy mocniejszym zginaniu, ale ogólnie to nie było tragedii. Złamanie można wykluczyć.

Chłopaki, skończyli meczyk (jeszcze 2 sety), a ja posiedziałem na ławce. Bólu prawie nie było. Przynajmniej nic takiego co sprawiłoby, żebym o tym pamiętał, ale zdecydowaliśmy razem z Panem Mateuszem W. skoczyć na pogotowie do Czechowic-Dziedzic...

C.D.N. :)

środa, 13 października 2010

Historia pewnego więzadła krzyżowego.

W ciągu kilku najbliższych dni chciałbym zrobić mini relację z przebiegu rekonstrukcji kolana oraz wszystkim co się z tym wiąże.

Oczywiście będzie to w pełni subiektywne spojrzenie na cały proces urazu i rekonstrukcji, ale myślę, że nieszczęśnicy z tym samym problemem mogą dowiedzieć się czegoś ciekawego w tym temacie.